W karczmie jak co noc panował gwar i wesoły zgiełk rozmów, bijatyk i opętańczych pijatyk. Jak co noc też jakiś podróżny dyndał powieszony na pobliskim drzewie a inny wędrowiec zabawiał znudzonych bywalców opowieściami ze swych wypraw...
-Ale to pławda - zarzekał się stary kulawy dziadyga wtracając te słowa za każdym razem gdy ustawały salwy śmiechu. - Wielem podfużował i widziałem wiele. Z Conanem razem scieżki niejednokfotnie krzyżując.
-Skoroś taki rycerz to gdzie twoja zbroja, szabla i piękna dziewica żebraku? - wycharczał przy śmiechu swoich kompanów zwalisty brodacz
-Taki on prawy i waleczny, że ani razu pewnie by żadnej baby nie zerżnął nawet jakby była brudną dziwką z ulic Tarantii - dołączył się jego kompan i cała karczma z wyjątkiem głuchego stajennego i siedzącego samotnie zakapturzonego mężczyzny ryknęła śmiechem.
-Mogę to udowodnić! - wykrzyknął staruch i zaczął wyciągać jakiś świstek zza paska.
-Staruch zdejmuje majty! Patrzta go! - i znowu wszyscy zanieśli się śmiechem.
To co wyciągnął jednak zza paska łachmaniarz nie było tym z czego śmiał się tłum. Zwitkiem okazał się być stary nieco już pożókły fragment jakiejś księgi. Wiekowe litery wystrzępiły się, ale wciąż były wyraźne a ich barwa wskazywała na to, że wyrysowane były ludzką krwią. Zainteresowanie starcem wzrosło i w jednej chwili zrobiło się ciszej. Uwaga gawiedzi tak skupiła się na dziwnej karcie, że nie dostrzegli oczu spoglądających spod kaptura niezainteresowanego do tej pory sytuacją mężczyzny.
Złych oczu.
Tajemnicza kartka
-Brednie i bajki dla dzieci! I my mamy w to uwierzyć? Dawaj ten śmieć, dorzucimy do ognia, chociaż się cieplej zrobi no nie? - zarechotał brodacz.
Sięgnął zaraz ogromnym ramieniem do kulącego się w obronie swojego skarbu "rycerza". Wyrósł jednak przed nim niespodziewanie zakapturzony i zatrzymał potężną dłoń tuż przed twarzą wątłego starca.
-A ty ki włóczęga? Wypad stąd albo mordę obije, dawno już się z chłopakami nie bawiliśmy.
Tajemniczy podróżnik puścił dłoń wielkoluda i odwrócił zakapturzoną twarz w kierunku struchlałego staruszka, spokojnym tonem powiedział:
-Kupię od Ciebie tą kartę dziadku, zarobicie na tym porządnie tak, że do końca życia nie będziecie musieli poniżać się w miejscach takich jak to. - nim stary zdążył cokolwiek powiedzieć zamaskowany wcisnął mu przyjemnie brzęczącą sakiewkę i zręcznie odebrał po czym schował starą stronicę - To część mego dziedzictwa... dalsza część przepowiedni brzmi:
zwać ich zaś będą Zakonem Węża. Kiedy nadejdzie czas wyjdą z podziemi i zmienią Hyborię tak, że nie będzie w tej krainie ni jednego, który niedrżałby na widok znaku węża.
-Moja wersja jest inna. I tak dostał w mordę, że matka rodzona nie poznała gnojka. - wycedził brodaty i dał szybki sygnał swoim chłopcom sam zaś sięgnął do pasa do przytroczonego tam topora.
Nim jednak ręka zdążyła sięgnąć trzonka zakapturzony wywinął zgrabny piruet a wielkolud padł na ziemię jak rażony piorunem i jedynie obficie barwiąca drewnianą posadzkę posoka zdradzała powód tego upadku. Błyskawicznie doskoczyli do niego, czterech... nie, pięciu. Dwójka ruszyła od przodu podczas gdy jeden z nich przygotowywał się by trafić przybysza w plecy. Ich klingi płasko cięły powietrze, kontra była błyskawiczna, podłogę karczmy ozdobiły dwa trupy. Tajemniczy człowiek wymamrotał coś pod nosem i na ziemię padła reszta agresorów.
Nikt nie odważył się już zbliżyć do tego dziwnego przybysza. Spojrzał teraz po gościach tak, że mogli teraz przyjrzeć się jego twarzy. Nieniepokojony przez nikogo spokojnym krokiem ruszył w kierunku wyjścia
Spiął konia i zniknął w ciemnościach nocy.
Ci, którzy tamtej nocy byli świadkami tych wydarzeń wiedzieli już, że do końca życia pamiętać będą właśnie ten wzrok.
Złe oczy.
Złe oczy i list, który zostawił.
List